Oglądasz posty znalezione dla zapytania: banknoty polskie typy odmiany

abc kolekcjonera banknotów

witam. Chciałbym rozszerzyć moją kolekcję monet o banknoty. Od czego zacząć?? o czym powinienem pamiętac??

Proszę o jakieś rady na sam początek. POzdrawiam



CHCIAŁBYM zachęcic do zbierania banknotów niemieckich.
Jest co zbierać. Niemieckich typów i odmian banknotów jest wielokrotnie więcej niż polskich. Jest szego szukać, i sporo radości daje zakup rzadkiej odmiany czy serii. W Polsce jest dośc nikłe zainteresowanie tymi banknotami i często za bezcen można kupić ciekawsze pozycje. Ja interesuję sie banknotami Niemiec od wszesnego dzieciństwa.

 » 

jak rozróżnić banknoty tego samego nominału

zeby zycie bylo takie proste ...

zalezy tez duzo o jakich polskich banknotach mowimy...

jesli to wydania PRL z lat 1974-1993 to mozna przyjac ze serie A-Z sa wartosciowsze od np AA-AZ i dalej ale nawet tutaj sa wyjatki bo np 500.000 zl z 1990 seria A jest popularna a zas seria AA jest znacznie ciekawsza (drozsza).
Niektore serie sa trudniej dostepne inne sa popularniejsze i nie do konca zalezy to czy byly wczesniej wydane czy pozniej.
Przy starszych emisjach nie tylko serie ale tez np numerator jest wazny (np.7 lub osmiocyfrowy)podpisy,data emisji,znaki wodne i wiele innych ,sa tez serie inaczej numerowane np A1 do Z1 ,A2 do Z2 ... a najdrozsze sa serie A3 do Z3
sa tez serie zastepsze np Dx,Dy,Dz (znacznie drozsze niz zwykle)

Bywa tez tak mimo ze dana seria jest popularna powiedzmy typu A do Z ale z jakis powodow np banknot z seria np Y jest praktycznie trudny do kupienia...

polecam cennik p.Milczaka na ten rok koszt to tylko 15 zl a dosc dobrze sa wyszczegolnione rozne odmiany .

NPV oraz zysk w calej gospodarce




konca sie z tym zdaniem zgadzam, dla odmiany wezme teraz czesciowo strone
Klusa. Wg mnie nie powinnismy obawiac sie NPV - przeciez to narzedzie moze
byc uzywane zawsze. Jednak nie powinnismy wyciagac wnioskow rodem z
mikroekonomii dla calej gospodarki ...


Sorki, ze tak pozno, ale nie bylo mnie troche.

To ja pisalem o nie uzywaniu NPV i zysku ksiegowego w makroekonomii.
Troche sie nad tym ostatnio zastanamialem i chyba dojrzalem ;-) do

Zacznijmy od NPV
Nett Present Value - wartosc obecna netto - projektu, firmy, papieru
wartosciowego, itp. Jest najprostszym narzedziem sluzacym okreslaniu
rentownosci przedsiewziec inwestycyjnych. Aby sie nim poslugiwac
nalezy znac kilka wartosci:
naklad poczatkowy - ile trzeba zainwestowac na poczatku (najczesciej w
momencie zero);
przeplywy pieniezne w kolejnych momentach lub okresach ("przesuwane"
na koniec okresu);
stopa procentowa, po ktorej przeplywy pieniezne sa dyskontowane; w
przypadku projektow inwestycyjnych realizowanych przez firme powinna
ona odpowiadac sredniemu wazonemu kosztowi kapitalu (WACC), czyli
sredniej stopie, po ktorej firma "pozycza" od swoich wlasciceli,
bankow, innych wierzycieli.

Problemy w przypadku wykorzystania dla calej gospodarki:

1. w jaki sposob okresic naklad poczatkowy w skali calej gospodarki
(jednego panstwa lub swiata)?

2. jaka powinna byc stopa dyskontowa wykorzystana do obliczen?

3. jak okreslic przeplyw gotowki dla calej gospodarki?

4. no i wreszcie, ktory moment nalezy przyjac za moment zero, w ktorym
wszystko sie zaczyna?

Bez satysfakcjonujacej odpowiedzi na te pytania nie mozna twierdzic,
ze NPV dla gospodarki wynosi zero, albo ze jest dodatni, itp.
Aby obliczyc NPV trzebaby znac dokladnie przyszle przeplywy pieniezne,
a to nawet dla prostych przedsiewziec typu nowa linia produkcyjna jest
trudne. Nie wspominajac juz o calej gospodarce.

Kwestia druga: zysk dla calej gospodarki.

Zaczne od wyjasnienia, w jaki sposob liczy sie zysk ksiegowy.
Najpierw nalezy spisac wszystkie aktywa: maszyny, budynki,
nieruchomosci, rzeczy ruchome, towary w magazynach, surowce,
polprodukty (pomijam sposoby wyceny ich wartosci), naleznosci, aktywa
finansowe (akcje, obligacje, bony skarbowe), wreszcie gotowka w kasie
i na rachunkach bankowych. Nalezy spisac te wszystkie rzeczy i wycenic
w jednostkach pienieznych, np w zlotych polskich.
Nastepnie nalezy spisac wszystkie pasywa, czyli zrodla pochodzenia
aktywow. Krotko mowiac: kto ile dal i na co: kapital wlasny (do
ktorego naleza wplaty od wlascicieli oraz nierozliczone zyski z lat
ubieglych), zobowiazania wobec bankow, dostawcow, itp.

I teraz najwazniejsze: jezeli te dwie sumy pieniezne sa sobie rowne,
to mowimy, ze firma ma zerowy wynik finansowy.
Jezeli aktywow jest wiecej niz pasywow, to mowimy ze firma ma zysk w
kwocie odpowiadajacej roznicy. Nie ma zadnego znaczenia, ile firma ma
gotowki w kasie i w banku, moze jej w ogole nie miec, ale zysk i tak
bedzie.
Jezeli pasywa sa wieksze niz aktywa, to firma ma strate w wysokosci
roznicy.
Zarowno zysk, jak i strata sa czescia kapitalow wlasnych, ktore sa
czescia pasywow. Zysk ksiegowy nie oznacza wiec, ze firma ma
pieniadza, tylko mowi, skad sie wziela nadmiarowa czesc aktywow.

Jak policzyc zysk ksiegowy dla calej gospodarki?

Nie wiem. Moim zdaniem ciezko ustalic sklad pasywow.

Wydaje mi sie, ze wystarczy, ze da sie w jakis sposob zaobserwowac
wzrost aktywow, chociaz tutaj nalezy uwazac, w jaki sposob
zaklasyfikowac pieniadz emitywany przez banki centralne, aby nie
doprowadzic do absurdow, ze dodruk banknotow sposoduje wzrost aktywow.

Nie nalezy natomiast liczyc zysku dla calej gospodarki poprzez dodanie
zyskow i strat wszystkich firm, bo nie uwzglednia sie wtedy tego, ze
to co jest dla jednej firmy naleznoscia i zwieksza jej sume aktywow (a
wiec i zysk) dla drugiej jest zobowiazaniem i zwieksza pasywa (a wiec
zmniejsza zysk).

Koncze juz, bo nie lubie tak duzo pisac (ani czytac). :-)

Pozdrawiam
Bartek Bartoszewicz

zna kto polskie agencje pracy w londynie?

O dosc, jak patrze na posty typu "Stara emigracja" to sie chce ... wymiotowac. Co znaczy stara emigracja, po wojnie twoj SP dziadek skonczyl sluzbe w wojsku i sie tu osiedlil ? a moze w trakcie stanu wojennego rodzice uciekli i tutaj sie urodziles, moze jednak nie i jestes tu po wejscu do unii i otwarciu rynku pracy czyli pare latek... no fakt jestes dluzej niz ja... albo niz kolega ktory pyta o rade ale:
- udowadniasz ze jestes polaczkiem, kazda nastepna osoba z twojego kraju nie jest dla ciebie zrodlem dumy z powodu powiekszania konkurencji na rynku pracy a juz sie przyzwyczailes pracowac na lezaco i nie chcesz zeby mlody gniewny, ktory zobaczyl krolowa na banknocie odebral ci prace,
- zamiast dac konstruktywna odpowiedz na temat zniechecasz ludzi do przyjazdu, zacznij sie bac rumunow i bulgarow oni sa jeszcze tansi (naleje sie woda do d....)

PRZYKLAD KONSTRUKTYWNEJ ODPOWIEDZI:
Z agencjami jest z jak z ludzmi jedni naprawde Ci pomoga i nie bedziesz dla nich tania sila robocza (bo to tak naprawde polacy, polakom taki zgotowali los), inni zabiora 70 lub wiecej % twojego zarobku majac jeszcze pretensje ze nie bierzesz kilku zmian pod rzad. Jezeli masz mozliwosc zeby poszukac pracy dluzszy czas niz tydzien po przyjezdzie radze samemu znalezc pracodawce bez posrednikow, wtedy z 5.32 robi sie 7 a jezeli masz jak to powiedziala szanowna przedmowczyni umiejetnosci mozesz swobodnie podwoic te liczbe (i mowie tu o pierwszych miesiacach pracy a nie ktorejstam podwyzce). Musisz sie przyzwyczaic ze nikt Ci nie pomoze, nie licz na polakow, zwlaszcza na "stara emigracje", wrecz beda udawali ze nie znaja ojczystego jezyka (spotkalem sie z tym wielokrotnie), moze sam pamietasz sytuacje z dawnych lat z polski, jak ktos byl w niemczech, francji, usa 2-3 miesiace byl bardziej niemiecki/francuzki/amerykanski niz rodowicie amerykanie, zamiast tak mowil yes albo ja ja fajne to takie profesjonalne . Musisz sie przyzwyczaic ze po wyslaniu CV czekasz miesiac +-15 dni na jakakolwiek odpowiedz (jezeli oczywiscie bedziesz szczesliwcem i ja otrzymasz). Jezeli masz sie czym pochwalic w rubryce kariera zawodowa to sie nie chwal napisz 2 wersje CV 1. short (szort werszon) max 2 strony, wiecej nikt nie przeczyta bo to nudne, jak juz ktos sie toba zainteresuje to wysylasz 2 wersje (long werszon) (drzyj stara emigracjio mlody juz wie co ma robic).
Trzecia i ostatnia rada... NIGDY za zadne skarby swiata sie nie poddawaj i szukaj stanowiska, ktore miales na mysli jak planowales wyjazd (mam nadzieje ze nie jest to robotnik ogolno-budowlany bo taka prace znajduje sie mowiac tylko HAJ).
Koniec mojej osobistej rady.

Zatem wracajac do powodu mojego otworzenia komputera, kochana "stara emigracjo", nie pomagaj nam mlodym emigrantom, nie staraj sie koloryzowac badz oczerniac kraju ktory daje ci jesc i ubiera twoje dzieci. Daj nam sie przekonac jak to jest, nie utrudniaj raczej pomagaj (sie rozmarzylem, przepraszam).
Ktos kiedys powiedzial ze w kupie sila, oczywiscie nie chodzi tutaj o obornik, ktory jest uzywany jako naturalny nawoz ku poprawie wlasciwosci gleby, chodzi lecz o zespol/zbior ludzi, ktorzy moga czegos dokonac trzymajac sie razem. Powolam sie na przedmowczynie, popatrz na inne nacje... czemu ciapki maja mieszkania socjalne? bo jeden pracujacy w office pomaga innym swoim, sprytne prawda?

Dziekuje Ci "stara emigracjo", ze udalo mi sie uwolnic z bagna w ktore mnie wp.... jak dotarlem na wyspy. Dziekuje Ci "stara emigracjo", ze kilka miesiecy trwalo moje dochodzenie do siebie.

B

ps. Zeby wyjasnic okolicznosci uzycia zwrotu "stara emigracja" oraz jego odmian. W powyzszym poscie nie mam na mysli osob, ktore przebywaja w tym kraju wiecej niz 25 lat.

 » 

NPV oraz zysk w calej gospodarce



| konca sie z tym zdaniem zgadzam, dla odmiany wezme teraz czesciowo strone
| Klusa. Wg mnie nie powinnismy obawiac sie NPV - przeciez to narzedzie moze
| byc uzywane zawsze. Jednak nie powinnismy wyciagac wnioskow rodem z
| mikroekonomii dla calej gospodarki ...

Sorki, ze tak pozno, ale nie bylo mnie troche.

To ja pisalem o nie uzywaniu NPV i zysku ksiegowego w makroekonomii.
Troche sie nad tym ostatnio zastanamialem i chyba dojrzalem ;-) do

Zacznijmy od NPV
Nett Present Value - wartosc obecna netto - projektu, firmy, papieru
wartosciowego, itp. Jest najprostszym narzedziem sluzacym okreslaniu
rentownosci przedsiewziec inwestycyjnych. Aby sie nim poslugiwac
nalezy znac kilka wartosci:
naklad poczatkowy - ile trzeba zainwestowac na poczatku (najczesciej w
momencie zero);
przeplywy pieniezne w kolejnych momentach lub okresach ("przesuwane"
na koniec okresu);
stopa procentowa, po ktorej przeplywy pieniezne sa dyskontowane; w
przypadku projektow inwestycyjnych realizowanych przez firme powinna
ona odpowiadac sredniemu wazonemu kosztowi kapitalu (WACC), czyli
sredniej stopie, po ktorej firma "pozycza" od swoich wlasciceli,
bankow, innych wierzycieli.

Problemy w przypadku wykorzystania dla calej gospodarki:

1. w jaki sposob okresic naklad poczatkowy w skali calej gospodarki
(jednego panstwa lub swiata)?


Naklad w zlotowkach to rachunki biezace bankow w NBP + bony pieniezne
wyemitowane przez NBP ( w operacjach otwartego rynku) + gotowka w obiegu.

2. jaka powinna byc stopa dyskontowa wykorzystana do obliczen?


Moze byc i zero

3. jak okreslic przeplyw gotowki dla calej gospodarki?


Od ilosci srodkow na rachunkach biezacych bankow i bonow pienieznych
NBP+gotowka w obiegu na koncu, odjac stan poczatkowy.

4. no i wreszcie, ktory moment nalezy przyjac za moment zero, w ktorym
wszystko sie zaczyna?


Pierwszy lepszy rok ( np z lat 90)  i 1 stycznia tego roku

Bez satysfakcjonujacej odpowiedzi na te pytania nie mozna twierdzic,
ze NPV dla gospodarki wynosi zero, albo ze jest dodatni, itp.
Aby obliczyc NPV trzebaby znac dokladnie przyszle przeplywy pieniezne,
a to nawet dla prostych przedsiewziec typu nowa linia produkcyjna jest
trudne. Nie wspominajac juz o calej gospodarce.


Nic trudnego, jak wrzuci sie 5 monet do sloika i pozniej nim obraca to i tak z
niego wyjmie 5 monet.
W gospodarce jest tyle zlotowek ile NBP wyemitowal.

Kwestia druga: zysk dla calej gospodarki.


W ujeciu przeplywow finansowych, roznica bedzie taka jaka zmiana w ilosci
wyemitowanych zlotowek przez NBP.

Zaczne od wyjasnienia, w jaki sposob liczy sie zysk ksiegowy.
Najpierw nalezy spisac wszystkie aktywa: maszyny, budynki,
nieruchomosci, rzeczy ruchome, towary w magazynach, surowce,
polprodukty (pomijam sposoby wyceny ich wartosci), naleznosci, aktywa
finansowe (akcje, obligacje, bony skarbowe), wreszcie gotowka w kasie
i na rachunkach bankowych. Nalezy spisac te wszystkie rzeczy i wycenic
w jednostkach pienieznych, np w zlotych polskich.
Nastepnie nalezy spisac wszystkie pasywa, czyli zrodla pochodzenia
aktywow. Krotko mowiac: kto ile dal i na co: kapital wlasny (do
ktorego naleza wplaty od wlascicieli oraz nierozliczone zyski z lat
ubieglych), zobowiazania wobec bankow, dostawcow, itp.

I teraz najwazniejsze: jezeli te dwie sumy pieniezne sa sobie rowne,
to mowimy, ze firma ma zerowy wynik finansowy.
Jezeli aktywow jest wiecej niz pasywow, to mowimy ze firma ma zysk w
kwocie odpowiadajacej roznicy. Nie ma zadnego znaczenia, ile firma ma
gotowki w kasie i w banku, moze jej w ogole nie miec, ale zysk i tak
bedzie.
Jezeli pasywa sa wieksze niz aktywa, to firma ma strate w wysokosci
roznicy.
Zarowno zysk, jak i strata sa czescia kapitalow wlasnych, ktore sa
czescia pasywow. Zysk ksiegowy nie oznacza wiec, ze firma ma
pieniadza, tylko mowi, skad sie wziela nadmiarowa czesc aktywow.

Jak policzyc zysk ksiegowy dla calej gospodarki?


Mozna miec zysk ksiegowy i utracic plynnosc, w tym jest sedno problemow.
Wazniejsze jest saldo z przeplywow pienieznych.

Nie wiem. Moim zdaniem ciezko ustalic sklad pasywow.

Wydaje mi sie, ze wystarczy, ze da sie w jakis sposob zaobserwowac
wzrost aktywow, chociaz tutaj nalezy uwazac, w jaki sposob
zaklasyfikowac pieniadz emitywany przez banki centralne, aby nie
doprowadzic do absurdow, ze dodruk banknotow sposoduje wzrost aktywow.

Nie nalezy natomiast liczyc zysku dla calej gospodarki poprzez dodanie
zyskow i strat wszystkich firm, bo nie uwzglednia sie wtedy tego, ze
to co jest dla jednej firmy naleznoscia i zwieksza jej sume aktywow (a
wiec i zysk) dla drugiej jest zobowiazaniem i zwieksza pasywa (a wiec
zmniejsza zysk).


Alez uwzglednia sie i wyjdzie cos bliskiego Zero

A jaki jest NPV systemu bankowego?

Klus

Koncze juz, bo nie lubie tak duzo pisac (ani czytac). :-)

Pozdrawiam
Bartek Bartoszewicz


--
Wysłano z serwisu OnetNiusy: http://niusy.onet.pl

Uwaga na bankomaty

Uwaga na bankomaty
Niedziela, 14 października

W tym roku już dwa przypadki wykradania pieniędzy z bankomatów trafiły na pierwsze strony gazet. Czy korzystanie z tych urządzeń jest bezpieczne dla zawartości naszych portfeli?

Banki żądają, aby zapisany numer PIN był przechowywany w sposób bezpieczny, a więc taki, że nie będą miały do niego dostępu osoby nieuprawnione - nawet członkowie rodziny. To zalecenie banku jest tak samo ignorowane jak każde inne, do czasu aż... no właśnie, ale ofiarami kradzieży zawsze byli oni, dlaczego więc teraz ja? Dlatego, że nie przestrzegam zasad bezpieczeństwa, często nawet tych podstawowych.

Bankomaty mają kilka kategorii bezpieczeństwa. Podstawowa sprawa to odpowiednie zabezpieczenie stalowego pudła, wewnątrz którego są pieniądze i to niemało, bo jeżeli są 4 kasety zawierające po 3000 nowych lub 2500 banknotów używanych, a więc co najmniej 10 tys. banknotów o nominale, średnio licząc, 50 złotych, to jest to w sumie pół miliona złotych czyli znacznie więcej niż wartość samego urządzenia, które kosztuje kilkadziesiąt tysięcy złotych. Bankomaty są zabezpieczane kotwami w ścianie lub fundamencie i musi to
być solidne mocowanie, bo w zależności od klasy sejfu taki bankomat waży 700-800 kg.

Bankomatowe sejfy mają oczywiście atesty i klasa sejfu przesądza o tym ile gotówki można załadować do takiej maszyny. To są zabezpieczenia konstrukcyjne, mechaniczne chroniące fizycznie gotówkę, jaka jest we wnętrzu bankomatu, ale niezależnie od nich wszystkie bankomaty są też wyposażone w różne systemy alarmowe, bo nietrudno wyobrazić sobie, że złodziej, jeżeli nie będzie mógł rozbić sejfu na miejscu, to po prostu zabierze cały bankomat, zwłaszcza jeżeli jest to urządzenie wolno stojące.

W Polsce nie są to przypadki częste, chociaż na Śląsku zdarzyło się, że złodzieje podjechali ciężarówką, rozbili witrynę sklepową, opasali bankomat łańcuchem i próbowali go wyciągnąć, jednak zamocowanie było solidne i maszyna stawiała duży opór, więc po kilku szarpnięciach ciężarówka wyrwała bankomat z tak wielką siłą, że wyrwany przeleciał przez ulicę, zerwał się z tego łańcucha i wbił się w ścianę stojącego po drugiej stronie ulicy budynku... Złodzieje odjechali z pustymi rękami.

KLIENCI TEŻ MAJĄ PROBLEM

O to, aby nie stracić gotówki załadowanej do bankomatu bardziej martwią się banki niż klienci, bo takie kradzieże bezpośrednio nie zagrażają ich kontom. Dla posiadaczy kart niebezpieczne są skanery nałożone na czytnik karty, urządzenie wkładane w otwór dyspensera zatrzymujące gotówkę, kamery "podglądające" wpisywany PIN i tym podobne. Są też jednak odpowiednie zabezpieczenia przed takimi zagrożeniami.

Najpopularniejsze w użyciu są karty z paskiem magnetycznym, który jest nośnikiem danych. Ta technologia jest stara, ale ciągle jeszcze wykorzystywana. Na trzech ścieżkach (jednej alfanumerycznej i dwóch numerycznych) zapisanych jest 218 znaków, które zawierają informacje o posiadaczu karty, numer karty, termin ważności, określają rodzaj karty, zakres funkcjonalności oraz informację o tym, czy karta może być odczytywana w innych urządzeniach niż bankomat, a także liczbę kontrolną całego zapisu. Każda karta zawiera dwie podstawowe informacje: pierwszą określającą sposób automatyzacji, przypisany przez wydawcę na karcie i drugą określającą zakres dostępnych usług. Uwaga!

Na pasku magnetycznym nie ma informacji na temat kodu PIN karty. Wadami tej technologii sprzed 40 lat jest: ograniczona trwałość zapisu danych (do 2 lat), ograniczona pojemność zapisu i łatwość kopiowania danych i ich fałszowania. Znacznie nowsze technologicznie karty mikroprocesorowe (chipowe) z elektronicznym układem scalonym mają stosunkowo dużą pojemność zapisu (ponad 100 kilobajtów), co umożliwia umieszczenie wielu dodatkowych danych (np. fotografii, odcisków palców, koloru tęczówki oka posiadacza karty itp.).

Bezpieczeństwo używania takiej karty jest znacznie wyższe niż karty z paskiem magnetycznym, ponieważ jest możliwość chociażby wewnętrznej autoryzacji z identyfikacją kodu PIN w systemie "off-line" (PIN zapisany w pamięci karty) i jest możliwość podziału informacji na jawne i tajne. Poza tym karta może pełnić jednocześnie więcej funkcji (np. płatnicza i telefoniczna). W Europie Środkowej i Wschodniej karty mikroprocesorowe nie upowszechniły się jeszcze ze względu na wyższe koszty ich wydania i konieczność wyposażenia bankomatów w odpowiednie czytniki, co też nie jest tanie, więc na razie na taką poprawę bezpieczeństwa nie mamy co liczyć.

Pojawiły się u nas karty mikroprocesorowe z paskiem magnetycznym, aby można było korzystać z nich w maszynach, które nie "czytają" chipów, ale warto wiedzieć, że taka karta chociaż jest mikroprocesorowa to jednak nie jest bardziej bezpieczna, ponieważ wszystkie potrzebne do popełnienia przestępstwa dane można łatwo skopiować z paska magnetycznego.

BEZPIECZEŃSTWO KART

Bezpieczeństwo nie zależy tylko od standardów technicznych, bo na jego poziom wpływają też elementy antyskanerowe, mikrodruki, nadruki widoczne w promieniach ultrafioletowych oraz wykonane specjalnymi farbami. Technikami drukarskimi nanoszone są również informacje dotyczące np. emitenta i informacje związane z zasadami obrotu kartami.

Część informacji na karcie jest wytłaczana, poza tym urządzenia do produkcji tych kart posiadają zastrzeżone kroje znaków, oczywiście typografia tłoczeń musi być charakterystyczna dla danego rodzaju kart. Te wymienione elementy występują prawie zawsze, ale na kartach mogą pojawić się jeszcze zdjęcie lub zeskanowany podpis posiadacza karty, drukowany przy użyciu laserowej drukarki. Pasek z podpisem ma też różne zabezpieczenia przed działaniami mechanicznymi i chemicznymi, które uaktywniają się przy próbach fałszowania.

Są to niezmiernie ważne zabezpieczenia, od których w dużej mierze zależy bezpieczeństwo posługiwania się kartami. Ponieważ paski magnetyczne są łatwe do kopiowania, więc dane na tych paskach zaczęto zabezpieczać kodując je specjalnym algorytmem. Taką samą niespodzianką dla przestępców może być pozostawienie jednej ścieżki pustej.

Nową, bardzo interesującą propozycją zabezpieczenia kart przed fałszerstwami jest właśnie "holomagnetics", czyli holograficzne zabezpieczenie paska magnetycznego, przez pokrycie go dodatkowo folią holograficzną, przy czym dane zakodowane na pasku magnetycznym mają swoje odpowiedniki na pasku holograficznym, co uniemożliwia sfałszowanie danych na pasku, bo z takiej karty wszystkie dane są odczytywane podwójnie (wzór holograficzny optoelektronicznie) i porównywane ze sobą. Postęp technologiczny ułatwia zabezpieczanie, ale trzeba też pamiętać, że technologie ułatwiają też przestępstwa.

Jak nam powiedział nadkomisarz Zbigniew Urbański: korzyści z popełniania przestępstw na szkodę systemów kart płatniczych są niewspółmiernie większe od nakładów poniesionych na przygotowanie i dokonanie tych przestępstw, biorąc również pod uwagę relatywnie niskie zagrożenie ewentualną karą. Dlatego też nawet duże zorganizowane grupy przestępcze, widząc w tego typu przestępstwach więcej plusów niż minusów, modyfikują, a nieraz wręcz przestawiają "profil swojej działalności" z np. handlu narkotykami, prania brudnych pieniędzy, wymuszeń rozbójniczych, na fałszowanie kart płatniczych czy okradanie kont bankowości elektronicznej. Najpopularniejsze i najważniejsze przestępstwa to skimming, phishing i fałszowanie kart płatniczych - dodaje nadkomisarz Urbański.

UWAGA! ZŁODZIEJ

Skimming dotyczy przestępczego wykorzystania kart płatniczych, które polega na bezprawnym skopiowaniu zawartości paska magnetycznego karty bankowej (bankomatowej, kredytowej itp.) w celu wytworzenia duplikatu oryginalnej karty, która w środowisku elektronicznym zachowywać się będzie identycznie jak karta oryginalna. Nieuczciwy sprzedawca może skopiować pasek magnetyczny karty nawet na oczach klienta.

Obecna technika pozwala na tworzenie skanerów tak małych, że w całości mogą zmieścić się w dłoni. Właśnie takie urządzenie może służyć do skanowania karty nawet na oczach nieświadomej niczego ofiary. Ale szczególnie groźną odmianą jest skimming bankomatowy, kiedy przestępcy instalują specjalistyczne urządzenia, służące do pozyskiwania danych paska magnetycznego kart oraz kodów PIN. Montują je na bankomatach lub w ich wnętrzu. Niezależnie od typu bankomatu oraz zabezpieczeń, w jakie jest wyposażony, dlatego ważne jest, aby przed przystąpieniem do wypłaty pieniędzy z bankomatu zwrócić uwagę na:

- wlot urządzenia do obsługi karty płatniczej - oryginalny czytnik kart,
- klawiaturę do autoryzacji transakcji kodem PIN,
- górną część bankomatu - różnego rodzaju listwy i nakładki z logo kart płatniczych, gadżety z logo bankomatu, które mogą ukrywać miniaturową kamerę, która skierowana na klawiaturę bankomatu ma za zadanie "zarejestrować" wprowadzany przez osobę wypłacającą gotówkę kod PIN.

Banki skrzętnie skrywają wszelkie próby oszustw, bo ich ujawnienie nie leży w ich interesie. Policja skarży się, że nawet jeżeli ma jakieś sygnały, to przy braku oficjalnego zgłoszenia nic nie może zrobić. W sumie ośmiela to oszustów i jest dla nich sygnałem, że Polska jest bezpieczna dla oszustów, bo banki nie takie przypadki wpisują w straty, a całą sprawę "zamiatają pod dywan" i dlatego jest to u nas proceder bezpieczny. Nadkomisarz Zbigniew Urbański po raz kolejny zwraca uwagę na to, że zachowanie określonych, a nierzadko jedynie elementarnych, zasad postępowania zwiększa bezpieczeństwo użytkowników kart oraz zmniejsza ryzyko nadużyć z użyciem tego środka płatniczego.

Jeżeli jakiś kraj uszczelnia system, to natychmiast rośnie zagrożenie za miedzą. Warto pamiętać, że już za kilka miesięcy Polskę obejmą regulacje z Schengen co oznacza, że praktycznie znikną granice, a więc wzrośnie potencjalne zagrożenie również przestępstwami przy użyciu kart bankomatowych.

Lech Piesik

Dżin

Dżin

Przebudzenie było potworne. W głowie przelatywały bataliony helikopterów, warkot rotora bezustannie zbliżał się i oddalał. Ręce trzęsły się niczym galareta, wzrok wędrował między sufitem a podłogą nie mogąc zatrzymać się na jednym konkretnym obiekcie. Opuchnięty język z trudem odrywał się od podniebienia. W gardle miałem chyba dwa małe, bezustannie kopulujące jeżyki. Wody, kurrr….

- Zlituj się, nie tup tak… - rzuciłem do przechodzącego obok Mruczka, ulubionego kota mojej żony. Tenże spojrzał na mnie z niemym wyrzutem w zielonych oczach, po czym przeniósł wzrok na stertę puszek leżącą obok łóżka. „Może i masz rację, ale jestem pewien, że nic się nie ostało” – pomyślałem. Nie, znałem moich kolegów na tyle, że wiedziałem, że szanse znalezienia pełnej puszki złocistego napoju są równe szansie złapania pojedynczego neutrina w akwarium. Czyli żadne.

„Szlag by to trafił…” – gdyby żona wiedziała, jak się bawi mąż kiedy ona spędza weekend u swojej mamusi… Wystarczył jeden telefon, że w sobotę mam wolną chatę, a już zaroiło się od znajomych. Zgodnie przyjęliśmy, że impreza będzie niskoalkoholowa. Jak zawsze miało być mało, cicho i kulturalnie. I jak zawsze, skończyło się dokładnie przeciwnie.

Po kilku minutach podjąłem desperacką próbę ustawienia ciała w pozycji siedzącej. Wysiłek godny zdobywców Mount Everestu zakończył się sukcesem już za trzecim razem. Ustawiłem zbieżność wzroku oceniając szkody. Nie wydawały się duże – po podłodze nie walało się szkło, rybkom w akwarium nie towarzyszyły pływające pety, żadnych pawi też nie zauważyłem. Sprzątanie zostawiłem na wieczór, kiedy organizm trochę się zregeneruje.

Poczułem, że muszę przebyć trasę maratonu pokój – łazienka. Zadanie wydawało się trudne, jednak skoro udało mi się usiąść byłem pewien, że do łazienki też jakoś dotrę. Poruszałem się kroczek po kroczku na drżących nogach, korzystając z chłodnej uprzejmości ścian. Po dotarciu na miejsce z ulgą stwierdziłem, że również i to pomieszczenie zachowane jest w jakim takim porządku.

Strumień zimnej wody - przelatując przez gardło - zatopił w końcu drażniące mnie niemiłosiernie jeże. Z rozkoszą piłem, piłem, piłem… A potem nabrałem zimnej wody w dłonie i zanurzyłem w niej twarz. O Jezu… Co za ulga…

Podniosłem głowę spoglądając w lustro nad umywalką. Typ z naprzeciwka miał czerwoną, opuchniętą twarz, przekrwione oczy a pod nimi siwe, pomarszczone worki. Dwudniowy zarost i przetłuszczone włosy dopełniały obrazu nędzy i rozpaczy. Brakowało tylko napisu nad lustrem – „Poszukiwany – żywy lub martwy”. Zaręczam, że takiej gęby nikt by nie zapomniał.

Poczułem się znacznie lepiej, daleko jednak było mi do stanu zwanego normalnością. Postanowiłem wrócić do pokoju i położyć się spać. Z reguły pomagało. Wyszeptawszy więc po raz kolejny magiczną formułę „nigdy, kurwa, więcej” wszedłem do pokoju.

W sumie przed snem dobrze byłoby coś zażyć. Ot tak, żeby to przeklęte telepanie ustało. Lekarstwo znajdowało się w barku, o którego istnieniu na szczęście moi goście nie wiedzieli. Na butelce przeźroczystego płynu napisane było dużymi, czarnymi literami – „Gin”. Odkręciłem nakrętkę i pociągnąłem solidny, długi łyk prosto z gwinta.

Delirka, cholera, nic innego tylko delirka. No bo jak wytłumaczyć fakt, że na moim łóżku siedział ubrany w szary garnitur i zielony krawat łysawy facet w okularkach. Na kolanach trzymał czarną, skórzaną teczkę. Wyglądał na wiecznie zabieganego urzędniczynę, taką pacynkę do wykorzystywania przez wszystkich prezesów, dyrektorów czy kierowników. Co nie zmieniało faktu, że moje łóżko to ostatnie miejsce w którym kogoś takiego mogłem spotkać.

Szare komórki w mym mózgu toczyły zacięte boje między sobą, sypiąc dookoła elektrycznymi impulsami starały się ustalić, co to za gość i skąd się wziął. Nie mogłem sobie bowiem przypomnieć, by ktoś taki znajdował się na wczorajszej popijawie, a fragment kiedy wszyscy opuszczali mieszkanie pamiętałem jeszcze dość dobrze. Moi sąsiedzi zresztą zapewne też.

- Kim pan jest i co do cholery pan tu robi? – postanowiłem w końcu wyjaśnić sytuację.

- Dżin, do usług – spojrzał na mnie beznamiętnie.

- Słucham?

- Dżin, ten z butelki. Przecież pisało.

- Mówi się: było napisane – poprawiłem odruchowo.

- A tak, rzeczywiście. No więc było napisane: „Dżin”.

- Myli się pan, pisało: „Gin” – zaprotestowałem gwałtownie.

- Było napisane – uśmiechnął się złośliwie.

- Dobra, mądralo, o co chodzi? – tym razem mnie już zdenerwował.

- Instrukcji pan nie czytał? – spojrzał na mnie zaskoczony. – Było napisane wyraźnie: „Dżin, gwarancja na trzy dubeltowe życzenia, okres spełniania: raz na tydzień, sposób użycia: otworzyć butelkę, postępować zgodnie z instrukcjami.”

- Dżin w garniturze? A gdzie turbanik, ciżmy i powłóczyste szaty?

- Takie ubranko w dwudziestym pierwszym wieku? Niech pan będzie poważny – pokręcił głową z politowaniem. – Po prostu idę z postępem.

- A te dubeltowe życzenia to niby co?

Poprawił okulary, po czym otworzył teczkę i wyjął z niej zadrukowany kawałek papieru.

- Proszę, oto regulamin, jedna podpisana kopia dla mnie, żeby mi potem nie było jakichś reklamacji. Pan rozumie, ja też mam przełożonych. W skrócie wygląda to tak, że ma pan do dyspozycji trzy życzenia, jedno na tydzień. Wystarczy wypowiedzieć w mojej obecności życzenie i klasnąć raz w dłonie, a zostanie ono spełnione.

- Tak po prostu? Hop, siup i mam chatę, brykę i pieniądze?

- No, niezupełnie – westchnął zniecierpliwiony. – Jest taki mały kruczek. Kiedy spełnię pana życzenie, ma pan tydzień, podkreślam – tydzień, na klaśnięcie w dłonie dwa razy.

- I wtedy…?

Podrapał się po łysej głowie, spojrzał na mnie i powiedział dobitnie:

- I wtedy pański najgorszy wróg otrzyma to samo co pan, tylko w dwukrotnie większej ilości.

- A jeśli nie klasnę, to co wtedy?

- Wtedy i tak pański wróg dostanie swoje, za to pan straci możliwość żądania następnych życzeń, w dodatku poprzednie też zostaną cofnięte na tyle, na ile to będzie możliwe.

Nagle zrozumiałem. Koledzy, zapewne wykorzystując moją chwilową nieobecność, zrobili mi dowcip. Ukryli gdzieś tego pajaca, a w poniedziałek w biurze będą się nabijać ze mnie i rozmowy z dżinem. Już pewnie dranie zacierają ręce, czekając na to jakie życzenie wypowiem. Porobili zakłady, paskudy jedne, i czekają z zaślinionymi mordami. Niedoczekanie wasze!

- Wszystko jasne, panie dżin. To dla mnie w takim razie skrzynkę piwa proszę.

Spojrzał na mnie zaskoczony.

- Tylko tyle?

- Dobra, dobra, dawaj waść i to już, bo rura mnie strasznie pali.

Wzruszył ramionami, wziął ode mnie podpisaną kopię regulaminu po czym zapiąwszy czarną teczkę wymamrotał coś pod nosem o „niedowierzających idiotach”. Spojrzał na mój tryumfalny uśmiech i powiedział:

- Proszę klasnąć raz w dłonie i już. I niech pan nie zapomni o dwóch skrzynkach piwa dla najgorszego wroga.

„Tu cię mam, gagatku” – pomyślałem i bez namysłu klasnąłem w dłonie.

Dżin zniknął. Tak po prostu, bez żadnych gwizdów, świstów tudzież innych efektów specjalnych. Spojrzałem zaskoczony na puste łóżko. Jak oni to zrobili?

Najciekawsze jednak było to, że kiedy obróciłem się ze zdziwieniem zauważyłem na stole… skrzynkę piwa. I to mojego ulubionego. W sumie domyślenie się, jakie będzie moje pierwsze życzenie, nie było specjalnie trudne dla kogoś, kto mnie zna. Brawo, chłopaki, brawo! Pierwszorzędny dowcip!

Ból głowy przypomniał mi o ochocie na drzemkę. Korzystając z uprzejmości kolegów wypiłem dwa szybkie browary, a kiedy alkohol przyjemnie rozlał się po żyłach położyłem się spać. Zachichotałem, przypomniawszy sobie wizytę dowcipnisia. Jak dobrze zrozumiałem, jeśli teraz klasnę w dłonie dwa razy, dwie skrzynki piwa trafią do mojego największego wroga. No, chłopaki, ciekawe jak się teraz spiszecie.

Jeśli chodzi o mojego największego wroga, kandydat, a w zasadzie kandydatka, była tylko jedna. A co tam. Klasnąłem dwa razy w dłonie. Masz, zołzo jedna, ciesz się. Wypij za moje zdrowie, teściowo.

* * *

- Jak się bawiłeś, kochanie, bez nas? Pewnie ci było przykro, że nie pojechałeś? – przez całą drogę z dworca PKP towarzyszył mi szczebiot ukochanej małżonki przeplatany czasem piskliwym głosikiem córki. Słodkie maleństwo nauczyło się już wykorzystywać te momenty, kiedy ukochana żona milkła na chwilę. Uczciwie przyznaję, że takich chwil było niewiele, a wstrzelić się w nie to już prawdziwy artyzm.

Kiedy dojechaliśmy do domu, krytycznym wzrokiem ogarnęła nasze skromne mieszkanko, pokiwała głową i zaczęła wyjaśniać mi, co jej zdaniem jest źle posprzątane i jak powinienem to w przyszłości zrobić, aby ona była zadowolona. Oczywiście potakiwałem, w gruncie rzeczy usiłując wyłowić z jej słowotoku interesującą mnie informację. Już prawie straciłem nadzieję, kiedy wieczorem małżonka moja kochana wchodząc do łóżka powiedziała:

- A wiesz, wczoraj rano u mamusi stało się coś dziwnego. Tak sobie siedzieliśmy przy stole rozmawiając o zakupach… A wiesz, kochanie, tam w sklepie koło mamusi pojawiły się fajne torebki, no prawie jak z krokodylej skóry, musimy tam zajrzeć za tydzień, no więc rozmawiamy i nagle, wyobraź sobie, ni stąd ni zowąd na stole pojawiają się dwie skrzynki piwa, no ucieszyłbyś się strasznie gdybyś był, zresztą chyba pojedziemy za tydzień, bo wiesz, te torebki…

Nie słuchałem już dalej rozkosznego szczebiotu. Czyżby to jednak nie był żart kolegów? Nawet oni przecież nie potrafiliby zawieźć tam dwóch skrzynek piwa i podstawić, zresztą są pewne granice dowcipów. Ale przecież, do ciężkiej kolumbryny, dżiny-urzędniczyny nie istnieją! Chyba, że to moje szczęście tokujące nieustannie w łóżku jest w cały ten dowcip zamieszane… Ale wówczas oznaczałoby to, że mój skarbuś wie o sobotniej imprezie, a to wykluczone.

Zresztą, czy moi koledzy odważyliby się zadrzeć z tak wypraną z poczucia humoru istotą jak moja teściowa? Wątpliwe.

Teściowa…

Często występujący w przyrodzie gatunek, znany z wielu piosenek i dowcipów, charakteryzujący się wyjątkowym wścibstwem, wybitnie inteligentny (wszystko wie najlepiej), doskonały kucharz (zawsze gotuje najlepiej), spec od czystości (zawsze znajdzie pyłek na błyszczącej podłodze), mody (mój Boże, jak ty się ubierasz), psychologii (on nigdy w życiu nic nie osiągnie, córeczko), wybitny retor (potrafi mówić o wszystkim i o niczym), doskonały lekarz (ma na wszystko lekarstwo), choć wie jak leczyć tylko innych, bo sama cierpi na wszystkie możliwe choroby. Co zresztą nie przeszkadza jej w odbywaniu w naszym domu regularnych wizytacji.

Wyobraźcie sobie niską, korpulentną kobietę o siwych, skręconych włosach, zawsze w przesadnym makijażu. Na spiczasto zakończonym nosie wdzięczyła się samotna purchla wielkości ziarenka groszku. Sino-czerwone usta tworzyły na twarzy prostą kreskę, a jej wzrok zamroziłby nawet Saharę. Słysząc jej skrzypiący głos człowiek odruchowo rozglądał się, szukając oliwiarki.

A charakter? Zaraz po ślubie, kiedy tylko z małżonką wypoczęliśmy po trudach wesela, udaliśmy się do sypialni by, jak to mówią, skonsumować małżeństwo. Nie, nawet cholera nie zapukała. Nie zdążyliśmy jeszcze rozebrać się do końca, kiedy głowa bazyliszka ukazała się w drzwiach sycząc: „A paciorek, moi kochani, zmówiliście?”

Im dłużej musieliśmy ze sobą przebywać, tym było gorzej. Odwieczne konflikty między teściową a zięciem nie są niczym nowym. W końcu, kiedy podczas kolejnej wizytacji usłyszałem, jak szanowna teściowa próbując wcisnąć mojej córeczce swój zupopodobny produkt powiedziała: „Jedz, bo przyjedzie straszliwy potwór”, nie wytrzymałem i dodałem za złośliwym błyskiem w oku: „Mamo, przecież ona lubi jak mamusia przyjeżdża”.

Od tej pory stosunki między mną a teściową zostały zamrożone na zawsze. Wizytacje były znacznie rzadsze, za to małżonka wyjeżdżała częściej do teściowej, zabierając córeczkę. Nie powiem, było mi to na rękę, odświeżyłem wiele starych znajomości, poza tym przecież lepiej jest wypić wspólnego browarka ze znajomymi niż słuchać, za kogo to wyszła ukochana córunia, jakie to nieszczęście ja spotkało, itd. Uszy bolały mnie od wysłuchiwania, jakim to fantastycznym kandydatem był Bolek od Nowaków, tych zza zakrętu, co to dziesięć hektarów mają i własnego „bizona”. Kiedy Bolek wylądował na dwa lata w kiciu za pobicie żony do nieprzytomności, niezauważalnie wręcz ideałem stał się Stasiek Kowalski, który wkrótce jednak wylądował w dołku za pędzenie bimbru. Taka świetlana przyszłość czekała kochaną córeczkę, kiedy to pojawiłem się ja, nieudacznik po studiach, potrafiący powiedzieć bez zająknięcia „dezoksyrybonukleinowy” i co gorsza wiedzący, co to jest.

Cokolwiek bym nie zrobił, w opinii teściowej byłem człowiekiem, który skrzywdził gołębie serduszko ukochanej córeczki.

* * *

Nie zdziwił mnie fakt, że moja małżonka zapomniała o owej torebce z prawie krokodylej skóry. W końcu było to tydzień temu, a jej zasięg pamięci z reguły nie przekraczał dwóch dni. Taka już była rozkosznie rozkojarzona. Na weekend zaplanowała rodzinne wyjście do kina, pozostawiając mi swobodę wybrania filmu. Przezornie wybrałem najdłuższy – w końcu trzy godziny względnego spokoju to już coś.

Zapewne ktoś mógłby się zastanowić, dlaczego tak długo jestem z moją kochaną żoną. Tajemnica tego jest prosta – kobiet nie należy rozumieć, bo żaden mężczyzna tego nie potrafi. Kobiet trzeba po prostu umieć słuchać i potrafić wczuć się w ich tok rozumowania.

Różnica między sposobem myślenia kobiety a mężczyzny polega na tym, że facet myśli technicznie, analitycznie, natomiast kobieta – uczuciowo. Pojęcie „myślenie logiczne” w wykonaniu płci czasami pięknej ma taki sam sens jak „świnka morska” - bo to ani świnka, ani morska.

Przykładowo: kiedy ja idę na targ po kartofle i dostrzegam ustawionych w rzędzie dziesięciu sprzedawców, to kupię je u pierwszego, drugiego, góra trzeciego. Umysł analityczny wie, że pozostali mają taki sam towar i po tej samej cenie, wiec nie ma co tracić czasu na zbędne wędrówki, lepiej wrócić szybko do domu, wyjąć piwo z lodówki i obejrzeć mecz.

Kiedy mój klejnocik idzie na zakupy, postępuje inaczej. Zaczyna od pierwszego sprzedawcy, podchodzi do następnego i z namaszczeniem ogląda każdego kartofelka. Gdy dojdzie do końca, wraca się, powtarzając oględziny, następnie robi jeszcze jedną rundkę. Mimo, że wszyscy mają podobny towar, ona nigdy nie kupi ziemniaków u pierwszego czy drugiego sprzedawcy – to sprzeczne z kobiecą logiką. U ostatniego zresztą też nie. Nie, ona kupi zapewne u szóstego, siódmego, najdalej ósmego faceta w rzędzie. I jeśli komuś się wydaje, że to koniec zakupów, to jest w błędzie. Kiedy kobieta wychodzi z targu w jej głowie pojawia się myśl. W połowie drogi do domu ta myśl przybiera konkretne kształty, rozrasta się, mutuje, by w końcu tuż przed drzwiami eksplodować objawiając memu szczęściu prostą prawdę – „Ten obok miał na pewno lepsze ziemniaki!”. Zdenerwowana podstępnością tego świata wkracza w progi domostwa, a ponieważ dla kobiet niemożliwym do zniesienia jest fakt, że mąż ogląda mecz popijając piwo, zaczynają się wymówki. Przeważnie zaczyna się to słowami „znowu siedzisz i nic nie robisz”, a kończy płaczem i standardowym, wykorzystywanym po wielokroć „…a bo ty na pewno mnie już nie kochasz”.

A propos meczów: już wiem, dlaczego one nie lubią sportu. Dla kobiet niemożliwym do zaakceptowania jest to, że coś ma jasno określone reguły. Ośmiu biegaczy staje na starcie biegu, a wygrywa zawsze ten, który dobiegnie najszybciej. Prostota tego rozwiązania przyprawia je o ból głowy. W damskim wyobrażeniu sędzia takiego np. meczu piłkarskiego powinien mieć możliwość nieuznania bramki choćby poprzez rozmowę z napastnikiem. Wytłumaczyć mu, że przecież bramkarz też ma rodzinę, musi ją utrzymać, a jak przegrają to odpadną, więc może by tak nie uznać gola, prawda? I tu napastnik zaczyna płakać, uświadamia sobie jaką krzywdę mógł wyrządzić, podchodzi do bramkarza drużyny przeciwnej, przeprasza, po chwili padają sobie w ramiona a nad stadionem błyskają sztuczne ognie. Widownia, oglądająca to na wielkim telebimie, klaszcze i wiwatuje. No i oczywiście po każdym meczu zamiast krótkiej konferencji prasowej – godzinny talk-show z pytaniami telewidzów i audiotele. Tak, wtedy kobiet nie można byłoby odciągnąć od kanałów sportowych…

Tak sobie rozmyślając, zapakowałem się do malucha i pojechaliśmy z moim słoneczkiem do kina. Film jak film, w połowie zaczęły zamykać mi się oczy. Z reguły te trzygodzinne produkcje różniły się od półtoragodzinnych tylko stopniem rozciągnięcia poszczególnych scen. Znudzony, postanowiłem wyjść zaczerpnąć świeżego powietrza, zdawało mi się, że widziałem obok kina jakąś małą knajpkę. Dziś i tak prowadziła żona, więc skoczyłem na szybkiego browarka.

Atmosfera, jaką lubię, i jakiej próżno szukać w dzisiejszych nowoczesnych lokalach. Kilka stolików, zarośnięta po uszy klientela wionąca aromatem ostatnich dni, widoczność w zadymionym powietrzu ograniczona do najbliższego stolika. Wiecznie przepici spece od polityki i sportu, słuchając ich zachrypniętych głosów można odnieść wrażenie, że gdyby dać im władzę to w przerwach miedzy piciem a kacem zamieniliby to państwo w krainę tanim winem i piwem płynącą.

Nieco schludniejszy i mniej zarośnięty facet w poplamionym, białym niegdyś fartuchu podał mi niedomytą szklankę z piwem. Przysiadłem w kąciku, przysłuchując się monologom wygłaszanym przez ekspertów. Nagle obok mnie pojawił się cień.

- Można? – zapytał raczej dla pozoru, po czym przysiadł się bezceremonialnie, stawiając swój kufel obok mojej szklanki.

- Proszę, proszę, nasz dowcipniś – odrzekłem na widok dżina. – Jak tam, uśmialiście się? A może dowcip nie wyszedł? Spodziewaliście się czegoś innego?

- Nie wiem, dlaczego mówi pan do mnie w liczbie mnogiej, działam sam – odrzekł. – Poza tym nadszedł właśnie czas wypowiedzenia drugiego życzenia.

- No to, cwaniaczku, sto milionów dolarów na koncie w banku szwajcarskim. Dasz radę?

- Proszę klasnąć w dłonie, a tak się stanie.

Klasnąłem. Kilku nieco mniej zamroczonych autochtonów spojrzało w naszą stronę, jednak już po chwili wróciło do swoich dyskusji.

- No i gdzie pieniążki, cwaniaczku? – spytałem spoglądając na niego z uśmiechem.

- Ma pan tydzień na klaśnięcie dwa razy w dłonie, w przeciwnym razie konto zniknie – spojrzał na mnie obojętnym wzrokiem, po czym dopił piwo, beknął głośno wzbudzając aplauz tubylców i zniknął niczym duch we mgle… to jest w papierosowym dymie.

Może to i głupie, ale przeszukałem kieszenie w poszukiwaniu choćby jednego banknotu. Oczywiście nic nie znalazłem, tylko piątaka żeby zapłacić za piwo. Dopiwszy złocisty napój przypomniałem sobie o żonie, zapewne już rozglądającej się z niecierpliwością. Wróciłem do kina, tłumacząc ukochanej, że kolejka, że prawo natury i tak dalej. Na szczęście film tak ją wciągnął, że odłożyła dalsze dyskusje na ten temat na później.

Po powrocie do domu wysłuchałem litanii o standardowej długości. Godzinę później, korzystając z faktu iż najukochańsza postanowiła porozmawiać z córką a następnie przygotować się do snu, zasiadłem przed komputerem i odpaliłem internet. Mogłem liczyć na jakieś dwie godziny wolności. Jak zawsze, zacząłem od sprawdzenia zawartości skrzynki pocztowej. Oczywiście pełna była korzystnych ofert, począwszy od kupna Rolexów zaledwie za jedną dziesiątą ceny oryginału aż do jedynej, cudownej i niepowtarzalnej metody powiększania penisa. Nawet syn byłego nigeryjskiego ministra napisał do mnie, bym pomógł mu odzyskać majątek ojca, w zamian za co otrzymam prowizję, jakieś tam pięć milionów dolarów.

Kiedy już wykasowałem część spamu, zauważyłem niepozorną wiadomość od Eurobanku. Po otwarciu okazało się, że jest tam nazwa użytkownika – czyli moje imię i nazwisko – oraz hasło do nowo utworzonego konta z zawartością… stu milionów dolarów! Jeśli to miała być kolejna część dowcipu, to grubo przesadzili.

Postanowiłem sprawdzić, czy rzeczywiście mogę dysponować tymi pieniędzmi. Kupiłem na różnych portalach telewizor plazmowy, samochód, komputer i parę innych drobiazgów, w ostatniej chwili rezygnując z awionetki i jachtu. Wszystkie płatności zostały bezproblemowo zaakceptowane. Cholera, byłem bogaty!

No tak, ale skoro ja byłem milionerem, to zostanie nim wkrótce to cholerne monstrum… Prezent od ukochanego zięcia, dwieście milionów dolarów… Jasny szlag by to trafił! Przecież musi być jakieś wyjście z tej paranoicznej sytuacji!

Spokojnie. Nie może, no nie może tak być żeby ten koczkodan był szczęśliwy dzięki mnie. Grunt to uspokoić myśli, zrelaksować się, wytłumić emocje. W końcu co mnie to obchodzi, że ona dostała prezent od losu, skoro ja też nie mam co narzekać. Trzeba się cieszyć. Jeszcze niedawno byłem szarym, przeciętnym obywatelem, teraz stać mnie na prawie wszystko. Powinienem być szczęśliwy, że mogę spełnić większość marzeń. Ba, mogę sobie kupić jakąś wysepkę na Karaibach i nigdy więcej jędzy nie oglądać!

Tak, tylko że maszkaron też ma marzenia, i to nawet wiem jakie. Oczyma duszy widzę, jak kupuje śmigłowiec z demobilu i parę beczek napalmu jako prezent dla ukochanego zięcia, w promocji dostając dwa wygłodniałe sępy gratis. Już słyszę „Cwałujące Walkirie” Wagnera, a za drążkiem helikoptera siedzi kochana mamusia z palcem delikatnie ułożonym na czerwonym przycisku z napisem „FIRE”, a jej wiecznie zaciśnięte usta skrzywiają się w czymś, co przypomina uśmiech tyranozaura. Niedoczekanie…

Należało zastosować plan WC.

Toaleta to jedyne miejsce w domu, gdzie można spokojnie pomyśleć, przeanalizować i wyciągnąć wnioski. Zaopatrzony w najnowszy numer „Przeglądu Sportowego”, z miną pełną skupienia dostojnie wkroczyłem w progi świątyni Dumania. Umysł ma taką fajną cechę, że wystarczy go zaprogramować na rozwiązanie problemu, po czym zająć się czymś neutralnym, jak choćby lekturą gazety. Kiedy tylko szare komórki przemielą problem, same podadzą rozwiązanie jak na tacy.

Właśnie siedząc na tronie czytałem relację z towarzyskiego meczu naszych orłów, kiedy pojawił się impuls. Impuls delikatnie rozświetlił mój umysł, przedstawiając PLAN. Było wyjście, było jedno proste wyjście. Złożyłem gazetę, wciągnąłem gacie i wyszedłem z radosnymi ognikami w oczach.

No, mamusiu, naciesz się milionami.

Klap-klap.

* * *

Ból brzucha był straszliwy. Skręcał kiszki, kłuł, przybierał na sile i słabł. Kochanie moje spoglądało na mnie z litością. Niechętnie, bardzo niechętnie musiałem zrezygnować z wycieczki. Widząc wzrok mamuśki odruchowo spojrzałem na rękę, czy aby nie zamienia się w kamień. Chciałem, naprawdę, no ale na ból brzucha nie poradzisz.

Mamusia nasza, otrzymawszy swoje miliony, wspaniałomyślnie zaprosiła nas na wycieczkę. Nie na Karaiby, nie na Dominikanę, o nie… Polska to też piękny kraj. Byłem tak dobry, że zaplanowałem całą trasę. Zająłem się wszelkimi formalnościami, rezerwacjami i innymi pierdółkami. I nagle ten poniedziałkowy ból…

żona i córka z żalem, teściowa z satysfakcją, ruszyły w końcu same. Krzywiąc się niemiłosiernie pomachałem im na pożegnanie. Dwie małe i jedna korpulentna sylwetka powoli zniknęły za zakrętem. Nie przejmowałem się tym, wiedziałem, że wkrótce je zobaczę ponownie. W końcu musiałem być pewien, że PLAN się uda.

Postałem jeszcze przez chwilkę na progu, po czym podśpiewując radośnie otworzyłem oszronioną puszkę. Ból oczywiście minął jak ręką odjął. Wystawiłem leżak na taras, włączyłem radyjko i pociągnąłem długi, konkretny łyk zimnego piwa. Jak obliczyłem, miałem jeszcze jakieś dwie godziny czasu. Książeczka, browarek, pełny luz…

Jakieś trzy puszki później stwierdziłem, że nadszedł już chyba czas. Spojrzałem przez lornetkę – faktycznie, jeszcze jakieś dziesięć minut i trzy sylwetki osiągną cel. Pospieszyłem do lodówki, dla odmiany wyciągając szampana. Korek wystrzelił w górę, a ja delektując się musującym Dom Perignon wspominałem ostatnią wizytę dżina.

Kiedy kazałem mu wykonać ostatnie życzenie, był zaskoczony. Ba, był bardzo zdumiony i kazał sobie powtórzyć dwa razy, że na pewno tego chcę. A ja, stojąc na środku pokoju powtórzyłem dobitnie:

- Tak, masz kopnąć mnie z całej siły w tyłek tak, żebym roztrzaskał się na tej ścianie.

Po czym klasnąłem w dłonie. Nagle ściana z impetem uderzyła mnie w twarz, zobaczyłem miliony galaktyk w opętańczym tańcu dookoła centrum wszechświata. O dziwo, opadając na ziemię uśmiechałem się.

A teraz leżąc wygodnie na leżaku obserwowałem trzy małe punkciki. Jeden z nich, nieco grubszy, wyróżniał się idiotyczną, pomarańczową czapeczką. Właśnie dotarły do celu – przepięknego punktu widokowego, tuż nad kilkudziesięciometrową przepaścią. Skalisty taras był na tyle duży, że nie było tam barierki zabezpieczającej. Zobaczyłem, jak korpulentny punkcik podchodzi pod samą krawędź skały, machając komuś radośnie. Tak mnie naszła myśl, że kochana mamusia jest wdową, a jej córeczka – jedyną spadkobierczynią. Uśmiechnąłem się, również machając.

I klasnąłem dwa razy w dłonie.

Zakotwiczona twierdza - cała prawda o bankomatach

W tym roku już dwa przypadki wykradania pieniędzy z bankomatów trafiły na pierwsze strony gazet. Czy korzystanie z tych urządzeń jest bezpieczne dla zawartości naszych portfeli?

Banki żądają, aby zapisany numer PIN był przechowywany w sposób bezpieczny, a więc taki, że nie będą miały do niego dostępu osoby nieuprawnione – nawet członkowie rodziny. To zalecenie banku jest tak samo ignorowane jak każde inne, do czasu aż... no właśnie, ale ofiarami kradzieży zawsze byli oni, dlaczego więc teraz ja? Dlatego, że nie przestrzegam zasad bezpieczeństwa, często nawet tych podstawowych.

Bankomaty mają kilka kategorii bezpieczeństwa. Podstawowa sprawa to odpowiednie zabezpieczenie stalowego pudła, wewnątrz którego są pieniądze i to niemało, bo jeżeli są 4 kasety zawierające po 3000 nowych lub 2500 banknotów używanych, a więc co najmniej 10 tys. banknotów o nominale, średnio licząc, 50 złotych, to jest to w sumie pół miliona złotych czyli znacznie więcej niż wartość samego urządzenia, które kosztuje kilkadziesiąt tysięcy złotych. Bankomaty są zabezpieczane kotwami w ścianie lub fundamencie i musi to być solidne mocowanie, bo w zależności od klasy sejfu taki bankomat waży 700-800 kg.

Bankomatowe sejfy mają oczywiście atesty i klasa sejfu przesądza o tym ile gotówki można załadować do takiej maszyny. To są zabezpieczenia konstrukcyjne, mechaniczne chroniące fizycznie gotówkę, jaka jest we wnętrzu bankomatu, ale niezależnie od nich wszystkie bankomaty są też wyposażone w różne systemy alarmowe, bo nietrudno wyobrazić sobie, że złodziej, jeżeli nie będzie mógł rozbić sejfu na miejscu, to po prostu zabierze cały bankomat, zwłaszcza jeżeli jest to urządzenie wolno stojące. W Polsce nie są to przypadki częste, chociaż na Śląsku zdarzyło się, że złodzieje podjechali ciężarówką, rozbili witrynę sklepową, opasali bankomat łańcuchem i próbowali go wyciągnąć, jednak zamocowanie było solidne i maszyna stawiała duży opór, więc po kilku szarpnięciach ciężarówka wyrwała bankomat z tak wielką siłą, że wyrwany przeleciał przez ulicę, zerwał się z tego łańcucha i wbił się w ścianę stojącego po drugiej stronie ulicy budynku... Złodzieje odjechali z pustymi rękami.

Klienci też mają problem

O to, aby nie stracić gotówki załadowanej do bankomatu bardziej martwią się banki niż klienci, bo takie kradzieże bezpośrednio nie zagrażają ich kontom. Dla posiadaczy kart niebezpieczne są skanery nałożone na czytnik karty, urządzenie wkładane w otwór dyspensera zatrzymujące gotówkę, kamery „podglądające” wpisywany PIN i tym podobne. Są też jednak odpowiednie zabezpieczenia przed takimi zagrożeniami.

Najpopularniejsze w użyciu są karty z paskiem magnetycznym, który jest nośnikiem danych. Ta technologia jest stara, ale ciągle jeszcze wykorzystywana. Na trzech ścieżkach (jednej alfanumerycznej i dwóch numerycznych) zapisanych jest 218 znaków, które zawierają informacje o posiadaczu karty, numer karty, termin ważności, określają rodzaj karty, zakres funkcjonalności oraz informację o tym, czy karta może być odczytywana w innych urządzeniach niż bankomat, a także liczbę kontrolną całego zapisu. Każda karta zawiera dwie podstawowe informacje: pierwszą określającą sposób automatyzacji, przypisany przez wydawcę na karcie i drugą określającą zakres dostępnych usług. Uwaga! Na pasku magnetycznym nie ma informacji na temat kodu PIN karty. Wadami tej technologii sprzed 40 lat jest: ograniczona trwałość zapisu danych (do 2 lat), ograniczona pojemność zapisu i łatwość kopiowania danych i ich fałszowania. Znacznie nowsze technologicznie karty mikroprocesorowe (chipowe) z elektronicznym układem scalonym mają stosunkowo dużą pojemność zapisu (ponad 100 kilobajtów), co umożliwia umieszczenie wielu dodatkowych danych (np. fotografii, odcisków palców, koloru tęczówki oka posiadacza karty itp.). Bezpieczeństwo używania takiej karty jest znacznie wyższe niż karty z paskiem magnetycznym, ponieważ jest możliwość chociażby wewnętrznej autoryzacji z identyfikacją kodu PIN w systemie „off-line” (PIN zapisany w pamięci karty) i jest możliwość podziału informacji na jawne i tajne. Poza tym karta może pełnić jednocześnie więcej funkcji (np. płatnicza i telefoniczna). W Europie Środkowej i Wschodniej karty mikroprocesorowe nie upowszechniły się jeszcze ze względu na wyższe koszty ich wydania i konieczność wyposażenia bankomatów w odpowiednie czytniki, co też nie jest tanie, więc na razie na taką poprawę bezpieczeństwa nie mamy co liczyć. Pojawiły się u nas karty mikroprocesorowe z paskiem magnetycznym, aby można było korzystać z nich w maszynach, które nie „czytają” chipów, ale warto wiedzieć, że taka karta chociaż jest mikroprocesorowa to jednak nie jest bardziej bezpieczna, ponieważ wszystkie potrzebne do popełnienia przestępstwa dane można łatwo skopiować z paska magnetycznego.

Bezpieczeństwo kart

Bezpieczeństwo nie zależy tylko od standardów technicznych, bo na jego poziom wpływają też elementy antyskanerowe, mikrodruki, nadruki widoczne w promieniach ultrafioletowych oraz wykonane specjalnymi farbami. Technikami drukarskimi nanoszone są również informacje dotyczące np. emitenta i informacje związane z zasadami obrotu kartami. Część informacji na karcie jest wytłaczana, poza tym urządzenia do produkcji tych kart posiadają zastrzeżone kroje znaków, oczywiście typografia tłoczeń musi być charakterystyczna dla danego rodzaju kart. Te wymienione elementy występują prawie zawsze, ale na kartach mogą pojawić się jeszcze zdjęcie lub zeskanowany podpis posiadacza karty, drukowany przy użyciu laserowej drukarki. Pasek z podpisem ma też różne zabezpieczenia przed działaniami mechanicznymi i chemicznymi, które uaktywniają się przy próbach fałszowania. Są to niezmiernie ważne zabezpieczenia, od których w dużej mierze zależy bezpieczeństwo posługiwania się kartami. Ponieważ paski magnetyczne są łatwe do kopiowania, więc dane na tych paskach zaczęto zabezpieczać kodując je specjalnym algorytmem. Taką samą niespodzianką dla przestępców może być pozostawienie jednej ścieżki pustej. Nową, bardzo interesującą propozycją zabezpieczenia kart przed fałszerstwami jest właśnie „holomagnetics”, czyli holograficzne zabezpieczenie paska magnetycznego, przez pokrycie go dodatkowo folią holograficzną, przy czym dane zakodowane na pasku magnetycznym mają swoje odpowiedniki na pasku holograficznym, co uniemożliwia sfałszowanie danych na pasku, bo z takiej karty wszystkie dane są odczytywane podwójnie (wzór holograficzny optoelektronicznie) i porównywane ze sobą.

Postęp technologiczny ułatwia zabezpieczanie, ale trzeba też pamiętać, że technologie ułatwiają też przestępstwa. Jak nam powiedział nadkomisarz Zbigniew Urbański: korzyści z popełniania przestępstw na szkodę systemów kart płatniczych są niewspółmiernie większe od nakładów poniesionych na przygotowanie i dokonanie tych przestępstw, biorąc również pod uwagę relatywnie niskie zagrożenie ewentualną karą. Dlatego też nawet duże zorganizowane grupy przestępcze, widząc w tego typu przestępstwach więcej plusów niż minusów, modyfikują, a nieraz wręcz przestawiają „profil swojej działalności” z np. handlu narkotykami, prania brudnych pieniędzy, wymuszeń rozbójniczych, na fałszowanie kart płatniczych czy okradanie kont bankowości elektronicznej. Najpopularniejsze i najważniejsze przestępstwa to skimming, phishing i fałszowanie kart płatniczych – dodaje nadkomisarz Urbański.

Uwaga! złodziej

Skimming dotyczy przestępczego wykorzystania kart płatniczych, które polega na bezprawnym skopiowaniu zawartości paska magnetycznego karty bankowej (bankomatowej, kredytowej itp.) w celu wytworzenia duplikatu oryginalnej karty, która w środowisku elektronicznym zachowywać się będzie identycznie jak karta oryginalna. Nieuczciwy sprzedawca może skopiować pasek magnetyczny karty nawet na oczach klienta. Obecna technika pozwala na tworzenie skanerów tak małych, że w całości mogą zmieścić się w dłoni. Właśnie takie urządzenie może służyć do skanowania karty nawet na oczach nieświadomej niczego ofiary. Ale szczególnie groźną odmianą jest skimming bankomatowy, kiedy przestępcy instalują specjalistyczne urządzenia, służące do pozyskiwania danych paska magnetycznego kart oraz kodów PIN. Montują je na bankomatach lub w ich wnętrzu. Niezależnie od typu bankomatu oraz zabezpieczeń, w jakie jest wyposażony, dlatego ważne jest, aby przed przystąpieniem do wypłaty pieniędzy z bankomatu zwrócić uwagę na:

* wlot urządzenia do obsługi karty płatniczej – oryginalny czytnik kart,
* klawiaturę do autoryzacji transakcji kodem PIN,
* górną część bankomatu – różnego rodzaju listwy i nakładki z logo kart płatniczych, gadżety z logo bankomatu, które mogą ukrywać miniaturową kamerę, która skierowana na klawiaturę bankomatu ma za zadanie „zarejestrować” wprowadzany przez osobę wypłacającą gotówkę kod PIN.

Banki skrzętnie skrywają wszelkie próby oszustw, bo ich ujawnienie nie leży w ich interesie. Policja skarży się, że nawet jeżeli ma jakieś sygnały, to przy braku oficjalnego zgłoszenia nic nie może zrobić. W sumie ośmiela to oszustów i jest dla nich sygnałem, że Polska jest bezpieczna dla oszustów, bo banki nie takie przypadki wpisują w straty, a całą sprawę „zamiatają pod dywan” i dlatego jest to u nas proceder bezpieczny. Nadkomisarz Zbigniew Urbański po raz kolejny zwraca uwagę na to, że zachowanie określonych, a nierzadko jedynie elementarnych, zasad postępowania zwiększa bezpieczeństwo użytkowników kart oraz zmniejsza ryzyko nadużyć z użyciem tego środka płatniczego.

Jeżeli jakiś kraj uszczelnia system, to natychmiast rośnie zagrożenie za miedzą. Warto pamiętać, że już za kilka miesięcy Polskę obejmą regulacje z Schengen co oznacza, że praktycznie znikną granice, a więc wzrośnie potencjalne zagrożenie również przestępstwami przy użyciu kart bankomatowych.

Gazeta Bankowa